Zdjęcie Mirki

Mirka, ​BMW F800GS, Bandit 650 

To my z naszych paszportów – na co dzień aż tak bardzo nie przypominamy Bonnie & Clyde’a.  Poza tym jesteśmy łagodni niczym przysłowiowe baranki, przemocą się brzydzimy, a jako praktykujący wegetarianie staramy się nie odkręcać do końca manetki gazu, aby choć trochę żywych istnień ocalić od bliskiego spotkania z naszymi kaskami. Mieszkamy w Gdańsku, stąd zaczynamy i tu kończymy każdą naszą turę. Na stronie skupiliśmy się tylko na tych dłuższych i dalszych, choć te bliskie sprawiają nam tyle samo radości. Jeździć kochamy oboje, choć ja przekonałam się o tym nieco później od Franza, który swojej pierwszej maszyny (Wueska 125-ka) dosiadł jako nastolatek. Ja musiałam czekać na swoją jeszcze 30 lat.

Zdjęcie Maćka

Maciek (Franz), BMW F800GS, ​Intruder 1800

Od maleńkości jak pamiętam zawsze towarzyszyły mi przynajmniej 2 kółka. Zaczęło się od bobo w parku przy basenie Politechniki Gdańskiej i jak widać trwa do dzisiaj.  Tylko boby i baseny się zmieniają (np. na basen Morza Śródziemnego). Wtedy mogłem powiedzieć, że „uliczkę znam w Gdańsku (każdą)”,jeśli nie z nazwy, to z jednośladu. Dzisiaj wciąż szukam(y) swojej drogi. Więc chyba kocham jeździć?

Z tym barankiem i łagodnością to bym nie przesadzał. Zwłaszcza jak trafisz w drodze na „babę”, chociaż w zasadzie nic do kobiet nie mam. Jedną mam zawsze z tyłu, szczęśliwie w pewnej odległości. Na karku, ale ani jej nie słyszę, ani nie widzę (czasem tylko „lustereczko mówi przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie”). Dlatego kocham. Jeździć!

Ktoś powiedział, że zawsze trzeba mieć do siebie dystans. Staram(y) się tego trzymać. I w naszym przypadku to „siebie” nabiera przynajmniej podwójnego znaczenia.